sobota, 22 lutego 2014

Zapamiętaj dzisiejszy dzień. On jest początkiem wieczności.

Nie o dzisiejszym dniu będzie. 27 września 2013 r. wyruszyłam na pierwszą przygodę życia.
230 km drogi. Cel - Biała n. Pilicą. Totalne zadupie w środku lasu. Zimno, mokro i do domu daleko.
Ale spędziłam rewelacyjne 3 dni wśród ludzi z pasją.
Nie wspomniałam, że to był zlot motocyklowy, więc i środek transportu musiał być odpowiedni. Nie ważne, że był to koniec września, że nad głowami złowieszczo wisiały chmury. Był plan!


Ale od początku. Jak już wybłagałam niepewną aprobatę rodziców, zaczęliśmy przygotowania. Trwało to jakieś 3 dni, bo wcześniej nade mną wisiało widmo kampanii wrześniowej, czyli najzwyklejszej w świecie poprawki. Egzamin miałam 23 września. Jak tylko wyszłam z sali z indeksem w łapce i upragnionym zaliczeniem, zaczęliśmy intensywnie myśleć nad całą organizacją.

Motocykl, jak to motocykl ma mało miejsca na bagaż. Musieliśmy zapakować się w dwa plecaki, z czego jeden to były narzędzia, olej, niezbędne części i kombinezony przeciwdeszczowe. Musiałam przejść szybki kurs oszczędnego pakowania. W grę wchodziła jedna para spodni (na tyłku), dwie koszulki w plecaku, 4 podstawowe kosmetyki (jestem kobietą, muszę jakoś wyglądać w każdych warunkach!) i miniaturowe wersje kosmetyków pod prysznic.
Bagaż musiał być dosyć lekki, bo miał spędzić 4 godziny przyczepiony do moich pleców. Mało kusząca perspektywa.

Ale udało się. Jakoś upchnęliśmy wszystko. Jako, że to dopiero początek przygody z motocyklami, o profesjonalnych strojach mogliśmy tylko pomarzyć. Tak więc uzbrojona w sweter, bluzę i kurtkę, a także w rajstopy, legginsy, ochraniacze i spodnie byłam gotowa na wszelkie warunki pogodowe.

Sama podróż była katorgą! Co kilkadziesiąt minut musieliśmy robić postoje, żeby dać odrobinę wytchnienia moim nieprzyzwyczajonym mięśniom. W końcu jakoś, w trudach i bólach dotarliśmy na miejsce. Pierwszy wieczór - ognisko integracyjne. Nie można było pozwolić sobie na długie balowanie, bo z samego rana czekała nas wycieczka po okolicy.

 Cały kompleks turystyczny wyglądał jak z lat 70. Tam czas zatrzymał się na zawsze. Spacerując po dalszych jego zakątkach, czułam jakbym znalazła się w Czarnobylu. Jakby to miejsce nie widziało człowieka od kilkudziesięciu lat. Idealne miejsce dla nas! W nocy zimno, w prysznicach woda też nie miała ulubionej temperatury, a poza tym kapała delikatną strużką. Surwiwal w łagodniejszym wydaniu. Dla mnie bomba!






Sulejów, bunkry niemieckie (idealne miejsce na przeciskanie się wąskimi tunelami z kaskiem dyndającym przy boku), dużo historii i smaczne jedzenie. To tak w skrócie. Po powrocie kolejne ognisko.
W niedzielę trzeba było się ogarnąć i wrócić do domu. Jak to zwykle bywa, podróż minęła dużo szybciej niż za pierwszym razem. Pod Radomiem zatrzymaliśmy się na obiad i gorącą herbatę.
Wróciłam nieziemsko zmęczona, obolała, przemarznięta, ale zadowolona z życia jak nigdy!

I już szykujemy się na kolejną przygodę. Kidy i gdzie - wszystko zależy od czasu i oczywiście budżetu.

Póki co ze świata wspomnień wracam do rzeczywistości... i powtórki z rozrywki. Tadammm! Poprawka! Czuję taką niemoc i niechęć do tego wszystkiego. Zwłaszcza dlatego, że moje ferie trwały 3 dni. W czwartek skończyłam sesję, a w poniedziałek zaczynałam nowy semestr. Ani chwili wytchnienia i możliwości zapomnienia o problemach.

Narzekam. Wiem.
Dzięki za cierpliwość.

Pax moi Mili!

piątek, 21 lutego 2014

Najmroczniejsze czeluście piekieł zarezerwowane są dla tych, którzy zdecydowali się na neutralność w dobie kryzysu moralnego.

Tak głosi pierwsza strona książki. Inferno. Kolejna z powieści Dana Browna, którą skończyłam czytać mniej więcej 2 godziny temu. Może moja ocena musi się jeszcze ugruntować, ale na "świeżo" muszę powiedzieć, że mam mieszane uczucia. Początek, rewelacyjny. Akcja rozwija się szybko, jest ciekawa, przewrotna. Bywają momenty zaskoczenia. Ale sam koniec wydaje mi się lekko niedopracowany. Jakby autor ścigał się z terminem nałożonym przez wydawcę.



Profesor Langdon musi rozwikłać kolejną zagadkę, zanim cała ludzkość zostanie dotknięta zarazą. Praktycznie przez całą fabułę spodziewamy się, że historia zatoczy koło i świat zostanie zdziesiątkowany przez chorobę na kształt czarnej śmierci.


Piekło - Botticelli
 Finał jest zaskakujący. Bynajmniej pozytywnie. Apetyt czytelnika nie zostaje zaspokojony, ponieważ wcześniejsze opisy i inspiracja Dantem sugerują bardziej krwawe i przerażające zakończenie. A tak mamy nagłe rozczarowanie spowolnieniem i złagodzeniem fabuły.
Poza tym, profesor Langdon, słynny wykładowca i specjalista w dziedzinie ikonografii nie ma zbyt wielu okazji do wykorzystania swojej wiedzy. W przeciwieństwie chociażby do "Zaginionego symbolu", w tej powieści tylko na początku mamy do czynienia z symbolami. Później jest już tylko interpretacja poematu Dantego i wersów stworzonych przez Bertranda Zobrista. A nie ukrywam, że na liczną symbolikę liczyłam najbardziej.



Trochę spoilerów, dla kogoś, kto nie czytał: ostatnia rozmowa Sienny z Elizabeth jest urocza i wzruszająca aż do przesady... i taka krótka. Ale moment, w którym nieznajomy FS-2080 okazuje się inną osobą, niż przypuszczałam na początku, powtórzone wspomnienia z pierwszego spotkania z głównym powodem zamieszania - jak najbardziej przypadły mi do gustu.

Ale to tylko tyle ujemnych stron. Rewelacyjna inspiracja "Piekłem", zapadające w pamięć cytaty i prawie 100 rozdziałów wciągającej fabuły, sprawia, że książka nie nudzi i bardzo przyjemnie się czyta. Brown zgrabnie wplatał opisy i fragmenty dzieła Dantego, stąd znajomość poematu nie jest konieczna. Chociaż zainspirowało mnie to w jakiś sposób do przeczytania.




W wielu recenzjach czytałam, że jest to powieść doskonałą, lecz absurdalna. Owszem. Ale zachęcam gorąco do stawienia czoła powieści z elementami sci-fi, przyozdobionymi zgrabnie dużą dawką historii.

środa, 19 lutego 2014

Double, double, toil and trouble

Każdy ma lub kiedyś miał wymyślonego przyjaciela. Skoro można wymyślić sobie przyjaciół, to ja stworzyłam swojego czytelnika. I właśnie do niego skierowane są moje myśli.

Czy Kasia skończyła sesję? Nieeeee. Kasia poległa na egzaminie, na który była przygotowana i po jego zakończeniu była szczęśliwa, że na pewno go zda. Jakże Kasia się myliła. Nie ważne. Kasia zbiera swoją podmiotowość w kupę i uczy się dalej... pisząc bloga.

Za oknem nastąpił przewrót. O 90 stopni w niewłaściwą stronę. Pada. Szaro. Zimno. Dlaczego o 90 stopni? Bo wczoraj było słonecznie i zimno. A dzisiaj pada i nadal jest zimno. Jakby zmiana nastąpiła o te 90 stopni we właściwą stronę, to było by słonecznie i ciepło. Filozofia płynie w moich żyłach.

Zaraz zbieram moje 6 liter. (4 do D U P A, a 6 to D U P S K O) i wyruszam na podbój świata. Do szkoły, znaczy się. Gdzie znowu usłyszę, że gwałt i zgwałcenie to zupełnie coś innego.

Milutko.

Czekolada jest dobra na wszystko. Po raz n-ty dochodzę do takiego wniosku. Z uwielbieniem rozwijam sreberko tabliczki miłości, by moim oczom ukazał się idealny kształt i kolor. I ta słodycz, smak radości i beztroski. Rozpływam się w zachwytach... kiedy nagle dzwoni telefon i głos w słuchawce złowieszczo oznajmia, że nastał czas zagłady. Bip, bip, bip... Tyle usłyszałam. Ale za chwilę dzwoni znowu. I ten sam głos, złorzecząc całemu światu, mówi, że znowu nie mam zasięgu. Głos powtarza, że mam się uczyć, bo inaczej nakopie mi do dupy. Jestem tak przerażona, że natychmiast obiecuję poprawę... nadal pisząc bloga.
Głos się irytuje i grozi, że do mnie nie przyjedzie. Tym razem już się uczę.

Za oknem nadal bez zmian. Ciągle nie mogę znaleźć inspiracji.

Wczoraj, kiedy jeszcze Słońce rozpieszczało nas swoim blaskiem, można było zauważyć na ulicach pierwsze pojawiające się kaski. Bo lodowatej przerwie, znowu poczułam wiosnę. Niedługo i my odkurzymy swoje  i wyruszymy na eksplorację świata. Wtedy będę mogła podzielić się z Tobą, mój wymyślony czytelniku, tym co przeżyłam, co widziałam i co jadłam. Bo bez jedzenia, świat byłby nudny.

Arrivederci!

środa, 12 lutego 2014

Welcome.

Cześć.
Jestem Kasia i mam sesję.
Nie ma to, jak miłe powitanie! Jestem marudą. Ale to straszną. OKROPNĄ! W tonie papierów szukam klawiatury. A! Mam Cię! Teraz mogę sobie zrobić milionową króciutką przerwę. Mogę ponarzekać.
No dobra. Nie będę. To nie poprawne. (Ale jakie odprężające.)

Może by coś o sobie? Jestem no-lifem, jak to się modnie mówi teraz. Ale mam tysiąc pomysłów na minutę. Właśnie założyłam bloga. Ciekawe jak długo to potrwa. Pewnie za miesiąc posty pokryje pajęczyna i kurz. Ale tak to bywa. Póki co zaczynam pisać. O czym? O czymś najprostszym, czyli o tym, co mnie otacza. Moja miejscowość, moje miasto, moja szkoła, moi znajomi, ludzie, których spotykam na ulicy, o wszystkim. O tym jak postrzegam rzeczywistość.

Jutro mam egzamin. Z filozofii. Nie ma nic gorszego niż filozofia.
A po co ten kamyczek jest kamyczkiem? Dlaczego koń nie jest hipopotamem? ( przypomniał mi się dowcip o hipopotamie, którym koleżanka uraczyła mnie na wykładzie... hihihi.) A gdybym ja była tym hipopotamem.. yyy.. już jestem w pewnym sensie. Nie, nie, nie.

A na półce obok leży moje Inferno... Moja książeczka, na którą czekałam miesiąc i nadal nie mogę jej przeczytać, bo SESJA!

Znowu zgubiłam telefon. We własnym domu...

-Chyba pora spać. - pomyślała Kasia.
-NIEEE!!! Nie ma spania - powiedziała filozofia.
I tak Kasia siedzi dalej i pisze bloga. Oj to nie tak, jak myślisz mój wyimaginowany czytelniku. Kasia po prostu zbiera siły do działania! Motywuje się!

Ciao moi przyjaciele! Do jutra.