Nie o dzisiejszym dniu będzie. 27 września 2013 r. wyruszyłam na pierwszą przygodę życia.
230 km drogi. Cel - Biała n. Pilicą. Totalne zadupie w środku lasu. Zimno, mokro i do domu daleko.
Ale spędziłam rewelacyjne 3 dni wśród ludzi z pasją.
Nie wspomniałam, że to był zlot motocyklowy, więc i środek transportu musiał być odpowiedni. Nie ważne, że był to koniec września, że nad głowami złowieszczo wisiały chmury. Był plan!
Ale od początku. Jak już wybłagałam niepewną aprobatę rodziców, zaczęliśmy przygotowania. Trwało to jakieś 3 dni, bo wcześniej nade mną wisiało widmo kampanii wrześniowej, czyli najzwyklejszej w świecie poprawki. Egzamin miałam 23 września. Jak tylko wyszłam z sali z indeksem w łapce i upragnionym zaliczeniem, zaczęliśmy intensywnie myśleć nad całą organizacją.
Motocykl, jak to motocykl ma mało miejsca na bagaż. Musieliśmy zapakować się w dwa plecaki, z czego jeden to były narzędzia, olej, niezbędne części i kombinezony przeciwdeszczowe. Musiałam przejść szybki kurs oszczędnego pakowania. W grę wchodziła jedna para spodni (na tyłku), dwie koszulki w plecaku, 4 podstawowe kosmetyki (jestem kobietą, muszę jakoś wyglądać w każdych warunkach!) i miniaturowe wersje kosmetyków pod prysznic.
Bagaż musiał być dosyć lekki, bo miał spędzić 4 godziny przyczepiony do moich pleców. Mało kusząca perspektywa.
Ale udało się. Jakoś upchnęliśmy wszystko. Jako, że to dopiero początek przygody z motocyklami, o profesjonalnych strojach mogliśmy tylko pomarzyć. Tak więc uzbrojona w sweter, bluzę i kurtkę, a także w rajstopy, legginsy, ochraniacze i spodnie byłam gotowa na wszelkie warunki pogodowe.
Sama podróż była katorgą! Co kilkadziesiąt minut musieliśmy robić postoje, żeby dać odrobinę wytchnienia moim nieprzyzwyczajonym mięśniom. W końcu jakoś, w trudach i bólach dotarliśmy na miejsce. Pierwszy wieczór - ognisko integracyjne. Nie można było pozwolić sobie na długie balowanie, bo z samego rana czekała nas wycieczka po okolicy.
Cały kompleks turystyczny wyglądał jak z lat 70. Tam czas zatrzymał się na zawsze. Spacerując po dalszych jego zakątkach, czułam jakbym znalazła się w Czarnobylu. Jakby to miejsce nie widziało człowieka od kilkudziesięciu lat. Idealne miejsce dla nas! W nocy zimno, w prysznicach woda też nie miała ulubionej temperatury, a poza tym kapała delikatną strużką. Surwiwal w łagodniejszym wydaniu. Dla mnie bomba!
Sulejów, bunkry niemieckie (idealne miejsce na przeciskanie się wąskimi tunelami z kaskiem dyndającym przy boku), dużo historii i smaczne jedzenie. To tak w skrócie. Po powrocie kolejne ognisko.
W niedzielę trzeba było się ogarnąć i wrócić do domu. Jak to zwykle bywa, podróż minęła dużo szybciej niż za pierwszym razem. Pod Radomiem zatrzymaliśmy się na obiad i gorącą herbatę.
Wróciłam nieziemsko zmęczona, obolała, przemarznięta, ale zadowolona z życia jak nigdy!
I już szykujemy się na kolejną przygodę. Kidy i gdzie - wszystko zależy od czasu i oczywiście budżetu.
Póki co ze świata wspomnień wracam do rzeczywistości... i powtórki z rozrywki. Tadammm! Poprawka! Czuję taką niemoc i niechęć do tego wszystkiego. Zwłaszcza dlatego, że moje ferie trwały 3 dni. W czwartek skończyłam sesję, a w poniedziałek zaczynałam nowy semestr. Ani chwili wytchnienia i możliwości zapomnienia o problemach.
Narzekam. Wiem.
Dzięki za cierpliwość.
Pax moi Mili!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dzięki, że jesteś!